NASZE DZIAŁANIA

8591952211_c1083eeb35_o
2013-04-08
Czuć się u nas
O tym czym jest sąsiedzkość i czy lokalna instytucja kultury może być dobrym sąsiadem – z Martą Skowrońską* rozmawia Agata Nowotny**

AN: Marta, co to znaczy dobra sąsiedzkość?

MS: Dla mnie ważne jest, żeby wiedzieć kto mieszka obok, żeby móc się pozdrawiać. Dzięki temu rodzi się poczucie wspólnoty i przekonanie, że coś nas łączy, nawet jeśli jest to jedynie to, że mieszkamy obok siebie.

AN: Dlaczego to jest ważne? To poczucie wspólnoty?

MS: Kiedy rodzi się świadomość, że jesteśmy jacyś my, a nie tylko ja i tylko ty czy oni, to wiele rzeczy się zmienia. Wtedy jest bezpieczniej – czujemy się zobowiązani do ostrzegania się, dbania o siebie, zwracania na siebie uwagi. Ale też często jest po prostu fajniej – razem możemy coś zrobić. Spotkać się na podwórku, zrobić jakąś akcję.

AN: Dużo się mówi o tym, że sąsiedzkość jest ważna, a z drugiej strony bywają wredni i męczący sąsiedzi. Po co nam ta sąsiedzkość? Może jednak nie musimy o nią dbać?

MS: Wielu ludzi faktycznie dąży do tego, żeby się odciąć, odgrodzić. Do tego służą płoty, ogrodzenia, mury. Ludzie chronią do siebie dostępu i dbają o swój święty spokój. Zdarza się, że sąsiedztwo kojarzy nam się z namolną sąsiadką, która wtyka nos w nie swoje sprawy. Ale też są różne modele sąsiedztwa. To nie musi być koniecznie otwieranie się na obcych i wpuszczanie do siebie do mieszkania nieznajomych. Możemy się spotykać w przestrzeni pomiędzy – podwórko jest tego przykładem. To już nie mój dom, ale jeszcze nie ulica.

AN: Faktycznie – przestrzeń pomiędzy (ang.: in beetween), to pojęcie, które funkcjonuje w naukach społecznych, badacze często to analizują – jak to działa?

MS: Tak, jak powiedziałam to przestrzeń, która nie jest już prywatna i osobista, ale jeszcze nie jest publiczna.

AN: Czyli obca?

MS: Tak. W przestrzeni tej czuję się jeszcze dość swobodnie, ale jednak wiem, że nie jest tylko moja. Na moje podwórko wyjdę w dresie, poskakać na skakance, ale nie wiem czy zrobiłabym to już na ulicy. To przestrzeń, która daje mi poczucie swojskości i to, że jestem u siebie, ale też, w której mogę spotkać innych ludzi. Czyli w zasadzie to jest przestrzeń, która pozwala czuć się nie tyle u siebie, ale “u nas”.

AN: To się nie dzieje naturalnie, prawda? Taką przestrzeń trzeba stworzyć.

MS: Tak, jak wiele spraw między ludźmi, trzeba to wypracować. To powinien być model, który wszystkim odpowiada.

AN: A po czym można poznać, że ta przestrzeń pomiędzy jest fajna i dobra? Są jakieś kryteria, wskaźniki?

MS: To przestrzeń, która wysyła sygnały i zaprasza do siebie, sprawia, że chcę się tam być. Czasem to są proste rzeczy – ławeczki, na których można przysiąść. To ważne szczególnie pod kątem starszych osób, ale też rodziców z dziećmi i wszystkich, którzy chcą się na chwilę zatrzymać. To też jest przestrzeń zadbana, w której widać troskę i dbałość. To, że nie rzucamy tam śmieci pokazuje też nasz stosunek to niej. Myślę, że to też przestrzeń, w której coś się ciągle zmienia, rośnie, kiełkuje – są osoby, które sadzą kwiaty, dbają o roślinność. To może też być miejsce, w którym ktoś coś tworzy.

AN: To ładna wizja, ale często to właśnie w najbliższym sąsiedztwie zdarzają się poważne konflikty, Przestrzeń wspólna, o której mówisz może być polem sprzecznych interesów. Jeden będzie chciał sadzić kwiatki, inny wypuszczać tam psa, a jeszcze inny bawić się z dziećmi. MS: Jasne. To oczywiste, że różni ludzie mogą mieć różne potrzeby. Czasem zdarza się, że mieszkańców łączy sytuacja życiowa, np. osiedle zamieszkałe przez rodziny z małymi dziećmi będzie miało inne potrzeby, niż kamienica, w której mieszkają od lat starsi mieszkańcy. Ale są sytuacje, w których obok siebie mieszkają ludzie o różnych potrzebach.

AN: Wtedy przestrzeń ta staje się polem negocjacji?

MS: Jak mówisz o negocjowaniu, to przychodzi mi do głowy taka symboliczna tabliczka z napisem “zakaz gry w piłkę”. Pytanie czy zakaz to dobre rozwiązanie. Może wystarczy się zgodzić na godziny, w których będzie to dopuszczone? To nie jest zawsze łatwe. Nie dogodzimy wszystkim, ale ważna jest jasna i wzajemna informacja. Jeśli wiem, że o jakiejś godzinie mogę spodziewać się dźwięków, które może mi przeszkadzają, to będę spokojniejsza, niż wtedy, kiedy one pojawiają się nagle, a ja nie wiem jak długo będą trwały i skąd pochodzą. Niestety sąsiedzkość wymaga też tego, że do jakiegoś stopnia godzimy się na pewne rzeczy, które nie do końca nam pasują. Myślę, że najważniejsze jest umiejętne artykułowanie własnych potrzeb i jednocześnie wsłuchiwanie się w potrzeby innych. Może to rodzaj naiwności, ale ja w to wierzę.

AN: Nawet jeśli, to bardzo fajnej naiwności! Do tej pory mówiłyśmy o takim zwykłym sąsiedztwie, gdzie otaczają nas ludzie – inni mieszkańcy, ale gdyby przez pryzmat sąsiedztwa popatrzeć na lokalne instytucje, to czy można powiedzieć, że domy kultury, ośrodki sportowe czy biblioteki to tacy nasi sąsiedzi?

MS: Oczywiście.

AN: Czy lokalna instytucja może być dobrym sąsiadem? Co to znaczy?

MS: Myślę, że to kwestia otwartości i komunikacji. Jest wiele miejsc, które są sobie gdzieś tam, jakoś działają, ale mało kto o nich wie. Dobrze byłoby, żeby sąsiedzi wiedzieli o tych instytucjach i o tym czym one się zajmują.

AN: Ty masz w swojej okolicy takie miejsca?

MS: Dopiero podczas święta ulicy, to bardzo fajny zwyczaj, ostatnio popularny, dostrzegłam naszą bibliotekę. Wtedy ona wyszła do ludzi. Dzięki temu poczuliśmy się sąsiadami – podczas festynu ulicy byliśmy tam razem z ludźmi, którzy mieszkają nad nami, biblioteką i lokalną kawiarnią.

AN: Co jeszcze sprawia, że lokalna biblioteka czy inna instytucja to dobry sąsiad?

MS: Także to, że wie jak działać w danym środowisku. Taka instytucja powinna uwzględniać to, kim są okoliczni mieszkańcy. Powinna znać ich potrzeby, umieć rozpoznać oczekiwania np. poprzez lokalne diagnozy partycypacyjne. Nikt przecież sam nie wymyśli co jest dobre dla ludzi. Działania instytucji powinny mieć formułę przemyślaną pod kątem konkretnych mieszkańców.

AN: Czyli taka instytucja powinna dobrze znać sąsiadów…

MS: Tak, ja sama chciałabym wiedzieć więcej o swoich sąsiadach: kim są i czego potrzebują. Czasem mam jakieś rzeczy, którymi chciałabym się wymienić. Po co mam korzystać z Allegro i przesyłać sobie rzeczy przez całą Polskę, jeśli mogłabym przenieść coś przez ulicę? Wiesz o co mi chodzi?

AN: Tak, to takie poczucie, że mieszkamy obok siebie, może nawet widujemy się codziennie, a nadal niewiele o sobie wiemy.

MS: Właśnie tak! Czytałam o tym ostatnio, może to utopijne jeszcze, że są wspólnoty, w których ludzie kupują większe sprzęty, np. kosiarkę czy drabinę, na spółkę. Oni się dogadują w kilka osób i zrzucają na coś, co jest potrzebne, ale czego mało się używa. No bo po co ja mam mieć drabinę i sąsiad też taką samą, skoro możemy mieć jedną?

AN: Tak! W kamienicy, w której mieszkałam kiedyś w Kopenhadze, na podwórku w piaskownicy były wspólne zabawki – dzieci nie wyrywały sobie ich, a rodzice nie kłócili się kto komu co zabrał. To pewnie od małego kształtuje poczucie dobra wspólnego i wtedy to, o czym mówisz przestaje być utopią. Pamiętam też studenta, który wyjechał do Holandii na stypendium i trafił tam na kilka rodzin, które razem posiadały samochód. Robili zapisy kiedy kto będzie z niego korzystał, bo wiadomo, że tam i tak na co dzień jeździ się głównie rowerem.

MS: Świetny przykład! O coś takiego mi chodzi.

AN: W tego typu działaniach często pośredniczą technologie, jak np. portale społecznościowe. Na przykład ja założyłam grupę na Facebooku naszej wspólnoty. Należy do niej kilkanaście osób, ale jesteśmy otwarci na innych. To świetnie działa – wymieniamy się informacjami. Jak gdzieś jest awaria, to pytamy czy ktoś coś wie – u kogo, w której klatce jest woda.

MS: A u nas, na Jeżycach jest też podobno taka grupa, gdzie można się umawiać, żeby robić coś razem – myślę o tym, żeby za jej pośrednictwem zaprosić sąsiadów na gry planszowe. Jechanie czasem na koniec miasta, żeby pograć sobie, jest bez sensu. Czasem wystarczy się przejść do sąsiadów.

AN: Mnie w ogóle fascynuje to, jak nowe technologie, które kojarzą nam się z globalnym zasięgiem, działają na rzecz cementowania lokalnej wspólnoty. Potoczne skojarzenie z internetem – okno na świat, możesz połączyć się z ciocią w Australii. Ale to działa też lokalnie, w małej skali – pomaga poznać się sąsiadom.

MS: Właśnie – czasem nie wiesz, bo skąd masz wiedzieć, że obok mieszkają podobni ludzie, a technologia w tym pomaga.

AN: Czyli możliwe jest tradycyjne sąsiedztwo, wspomagane internetem!

* Marta Skowrońska jest socjolożką i badaczką, ciekawią ją mieszkania i przestrzenie pół-publiczne. Jest członkinią sieci Latających Socjologów.
**Agata Nowotny jest socjolożką, badaczką społeczności lokalnych i dizajnu. Jest konsultantką sieci Latających Socjologów.

ORGANIZATOR:

ę